kremy z filtrem - zmarszczki - lipogen -
mówię, że nie jesteśmy uczciwi, oznacza to. że zajmujemy się sprawami, które wymagają czasem ukrywania przed ludźmi jednocześnie złymi i przebiegłymi.
Durnik nie wydawał się przekonany, ale nie wracał do tego tematu.
- Skręcimy tutaj - zaproponował Barak. - Nie chciałbym przechodzić dzisiaj obok Świątyni Belara.
- Dlaczego? - zdziwił się Garion.
- Trochę zalegam z obowiązkami religijnymi - wyjaśnił zbolałym głosem Barak. - Nie chcę, żeby Najwyższy Kapłan Belara mi o tym przypominał. Ma bardzo donośny głos, a nie lubię, gdy mnie ktoś wywołuje przed całym miastem. Człowiek roztropny nie daje kapłanom ani kobietom kremy
z filtrem okazji, by besztali go publicznie.
Uliczki Val Alorn były ciasne, kręte, zaś stare domki wąskie i wysokie, z przewieszonym piętrem. Mimo śniegu i ostrego wiatru ulice były pełne ludzi, w większości odzianych w futra dla ochrony przed mrozem.
Wszędzie rozlegały się wesołe okrzyki, a czasem nieprzyzwoite wyzwiska. Dwaj starsi, poważni mężczyźni okładali się śnieżkami, zachęcani ochrypłymi wrzaskami patrzących.
- To starzy przyjaciele - uśmiechnął się Barak. - Robią to co dzień, przez całą zimę. Niedługo pójdą do piwiarni i upiją się, a potem będą śpiewać razem stare pieśni, póki nie pospadają z ław.
Od zmarszczki lat tak postępują.
- A czym się zajmują latem? - spytał Silk.
- Rzucają kamienie - odparł Barak. - Picie, śpiewy i spadanie z ław pozostaje bez zmian.
- Witaj. Baraku - zawołała z okna na piętrze młoda, zielonooka kobieta. - Kiedy znowu mnie odwiedzisz?
Barak podniósł głowę i zarumienił się, ale nie odpowiedział.
- Jakaś dama cię woła. Baraku - zwrócił mu uwagę Garion.
- Słyszałem - odparł krótko Barak.
- Chyba cię zna - zauważył drwiąco Silk.
- Zna każdego - Barak zaczerwienił się jeszcze bardziej. - Możemy już iść?
Za rogiem spotkali idącą gęsiego grupę ludzi
w lipogen obszarpanych futrach. Kołysali się dziwnie z boku na bok, a przechodnie pospiesznie schodzili im z drogi.
- Bądź pozdrowiony, lordzie Baraku - zaintonował ich przywódca.
- Bądź pozdrowiony, lordzie Baraku - powtórzyli chórem.
Barak skłonił się sztywno.
- Niech cię ochrania ramię Belara - rzekł przywódca.
- Wszyscy cześć oddają Belarowi, Niedźwiedziemu Bogu Alorii - zawołali pozostali.
Barak skłonił się znowu i stał nieruchomo, póki procesja nie przeszła.
- Kto to był? - spytał Durnik.
- Wyznawcy kultu Niedźwiedzia - odparł niechętnie Barak. - Fanatycy.
- Kłopotliwa grupa - wyjaśnił Silk. - Mają swoje ośrodki we wszystkich królestwach Alorii.
To neoglis doskonali wojownicy, ale służą Najwyższemu Kapłanowi Belara. Spędzają czas na wykonywaniu rytuałów, ćwiczeniach wojskowych i mieszaniu się do miejscowej polityki.
- Gdzie jest ta Aloria, o której wszyscy mówią? - zdziwił się Garion.
- Wszędzie wokół nas - Barak zatoczył krąg ramieniem. - Wszystkie królestwa Alornów tworzyły kiedyś Alorię. Był to jeden naród. Kultyści chcą je ponownie zjednoczyć.
- To chyba rozsądne - zauważył Durnik.
- Aloria została podzielona z ważnych przyczyn. Należało strzec pewnego przedmiotu i rozbicie państwa wydawało się najlepszą metodą.
- Czy ten przedmiot był aż tak ważny?
- Najważniejszy na świecie -
stwierdził emolium Silk. - Wyznawcy kultu Niedźwiedzia zdają się o tym zapominać.
- Tylko że teraz został skradziony, prawda? - wyrzucił z siebie Garion, gdy oschły głos umysłu uświadomił mu związek między tym. co mówili Barak i Silk, a nagłym zburzeniem jego spokojnego życia. - To właśnie za tym przedmiotem podąża pan Wilk.
Barak spojrzał na niego badawczo.
- Ten mały jest mądrzejszy, niż nam się wydawało. Silku.
- Sprytny chłopak - przyznał Drasanin. - Zresztą nietrudno powiązać ze sobą to wszystko.
Jego lisia twarz sposępniała nagle.
- Masz oczywiście rację, Garionie. Jeszcze nie wiemy jak, ale ktoś
neoglis - emolium -
|